
Tytuł: Łowca Snów /Dreamcatcher (2003)
Reżyseria: Lawrence Kasdan
Scenariusz: William Goldman
Gatunek: Horror (?)
Potwory i spółka
Luty miesiącem ze Stephenem Kingiem? Czemu nie? Ostatnio miałem okazje obejrzeć drugą cześć genialnego "Smętarza dla zwierzaków", potem odświeżyłem sobie klasykę z dzieciństwa "Dzieci kukurydzy", a w planach mam jeszcze wypożyczenie "Misery". Tym razem w moje łapska wpadło kolejne filmidło na podstawie powieści mistrza. Poniżej recenzja" Łowcy snów" z pod reżyserki Lawrenca Kasdana. Miłej lektury...
Powieści Stephena Kinga są w kinowej grozie towarem masowo eksportowanym przez twórców kina niezależnego i tych całkiem zgoła odmiennych. Jest to materiał trudny do przeniesienia na ekran, a mimo tego stały się one znakiem rozpoznawczym w świecie horrorów. Zaczęło się od "Carrie", potem poszło gładko. Senne miasteczko także doczekało się swoich 5 minut na dużym ekranie. Nieraz mieliśmy okazje obejrzeć te gorsze powieści Kinga, bo jak każdy pisarz miewa on gorsze jak i te lepsze dni, wiec nie ukrywajmy, że czasem ciężko uwierzyć, że czytamy jakiegoś gniota, a na okładce widnieje nazwisko King, a w gruncie rzeczy stały się one bardziej popularne (lepsze?) od pierwowzoru. Działa to także w inną stronę...
Łowca Snów, to dzieło bardziej unikalne, jeśli chodzi o książkowy materiał. Jednak jego przeniesienie na ekran nie okazało się trudne jak sam się zresztą przekonałem. Owo filmidło w ogólnym rozrachunku nieźle bazuje na historyjce w papierowym oryginale i łączy ono w sobie elementy fantastyki i grozy, tyle że tej "grozy" niestety nie wiele odczułem na swojej parszywej osobie. Już tłumaczę, dlaczego...
Czterech przyjaciół, którzy co roku spotykają się w domku gdzieś na obrzeżach stanu Maine. Od dzieciństwa posiedli oni moc władanie umysłem. Teraz ich zdolności zostaną wystawione na ciężką próbę. Okazuje się, że nie są sami, a inwazja obcych, to tylko początek ich sennego koszmaru.

Budowanie napięcie szkodzi ich własnej ojczyźnie, lepiej zaserwować wypaczonej klienteli obraz luźno nawiązany do książki, przepełniony ufoludkami (tak zgadliście, tymi zielonymi i wysokimi) oraz efektami specjalnymi, jakimi Tom Cruise w Wojnie światów może się lekko zaczerwienić z tego powodu. Kino akcji, pała nienawiścią do widza, gdzieś w ostatniej godzinie tego obrazu, i wojna, która przypomina mi znany schemat ludzie vs marsjanie, w ogólnym rozrachunku wypadła nieźle, ale Morgan Freeman, za sterami helikoptera bojowego, który z działka maszynowego ładuje kilogramy ołowiu do startującego statku kosmicznego, nadal wywołuje u mnie gorzką paranoję, groteskowego podmiotu. Dziwnie to zabrzmi, ale jak zaczynając oglądać, miałem wrażenie, że reżyser będzie wzorował się na "Thingu" Carpentena, a potem przekonałem się, że jednak po jego głowie łazi Cruise, walczący z kosmitami. Kula w łeb?

OCENA: 6.0
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz