Wyszukiwarka

sobota, 16 lutego 2013

Z innej Beczki: Oldboy [Recenzja]



Tytuł: Oldboy (2003)
Reżyseria: Chan-wook Park
Scenariusz: Joon-hyung, LimChan-wook, ParkChun-hyeong...
Gatunek: Thriller


Majstersztyk

Nie jest łatwo być "Indie" w świecie filmów. Zważywszy na fakt, że wszystko zostało już "powiedziane". Chwała za to rewolucjonistą, którzy mimo tego tworzą coś niebywałego, gdzie inny się zarumienią, a reszta poklepie po plecach. Motyw zemsty wydaje się być banalny i niezwykle masowym wątkiem w tej branży. No bo przecież, nawet widz niespecjalnie interesujący się kinematografią, potrafiłby bez problemu wymienić kilka filmów z motywem zemsty. Koreański Oldboy opowiada właśnie o motywie zemsty. Zemsty, która przyjdzie z trudem, ale niezwykle usatysfakcjonuje. Przed Wami film, który zasadzi Wam solidnego kopa w ryj, pomijając klejnoty. Mnie osobiście film zaskoczył i jak szmatą powycierał mną podłogę. Łamie wszelkie konwencje i wszystko co do tej pory widzieliście. Dzieło które obejrzałem dziesiątki razy i obejrzę drugie tyle. Przed Wami Oldboy, najbardziej oryginalny film o zemście. Nie byle jakiej zemście..

Gdy ktoś pyta mnie, jaki jest najlepszy film, który obejrzałem, uśmiecham się cicho pod nosem i odpowiadam - Oldboy (2003). Nie żaden klasyk w stylu "Wściekłych psów" czy "Pulp Fiction" ale własnie Oldboy. Przy żadnym innym filmie nie odczuwałem takich silnych emocji, a długo po seansie siedziałem sam w pokoju z gębą rozdartą niczym 6-latek widzący pierwszy raz w życiu gołą babę na okładce jakiegoś taniego świerszczyka. I może ktoś na wrzuci mi za duży obiektywizm, ja wiem swoje. Oldboy to film który wali w mordę bez ostrzeżenia...

Zejdźmy jednak na ziemie. Czym tak właściwe jest te Południowo- Koreańskie filmidło? Historia nakreślona przez Chan Woon Parka(reżyser) jest na wyraz prosta i cholernie banalna. I w tym tkwi właśnie fenomen, z pozoru jakże oklepana tematyka przeradza się w coś niezwykłego. a wszystko się to dzieje na oczach widza. Oś fabularna toczy się wokół pewnego mężczyzny, który z niewiadomych przyczyn przesiedział 15 lat w wiezieniu. Po tylu latach, zostaje on jednak uniewinniony z bliżej nieokreślonej przyczyny. Facetowi jednak doskwiera ciekawość i wielka niewiadoma kłębiąca się w jego duszy. Kto go wsadził na 15 lat do paki? Dlaczego to zrobił? Kim był ten człowiek? Odpowiedzi nie przyjdą łatwo, a finał może wbić w fotel nawet najbardziej zakłamanego widza.

Tym czym jest Oldboy, trudno jednoznacznie określić. Fabularnie mamy do czynienia z thrillerem przepełnionym po brzegi nieustannym napięciem. Obeznany kinofil wychwyci tu dramaturgie, pojawią się nawet sekwencje kung-fu, charakterystyczne dla kina azjatyckiego. Gatunkowo trudno te wybitne dzieło wsadzić do jednej szuflady. Kreacja głównego bohatera także ma barwę specyficzną. Początkowo sami nie wiemy kim jest main hereos. Nie widać tu nawet przesadnej amerykanizacji, bohater nieprzypadkowo nie jest podstarzałym gliną, łykający tabletki przeciwbólowe i czekający jak na zbawienie, aż w mieście pojawią się gwałciciele, bandyci itp. Bohater gra tu pierwsze skrzypce, na jego podstawie zweryfikujemy wiarygodność jego osobowości,a finalnie zdecydujemy czy zasłużył na miano tego dobrego. Duża tu zasługa samego reżysera, który z kinem obcuje w podobny sposób. Wspomniany wcześniej Chan Woon Park odpowiedzialny jest za całą trylogie zemsty. Oldboy należy właśnie do tej trylogii. Filmy nie są specjalnie ze sobą powiązane (poza wątkiem - Zemsty), a w bibliotece znajdują się takie dzieła jak "Pan Zemsta" i 'Pani Zemsta". Tutaj apel do fanów Oldboya - jeśli film Wam się spodobał, wyżej wymienione tytuły z pewnością spełnią Wasze oczekiwania. Każdy film z Trylogii Zemsty opowiada o zemście, ale każda z nich jest inną interpretacją samego reżysera. I znów kieruje się obiektywizmem - Oldboy jest najlepszą z nich.

Film cholernie długo zapada w pamięć, jest jedno z nielicznych, o ile niejedyny, z filmów (a wierzcie mi, było ich naprawdę mnóstwo) który wywołał u mnie takie emocje. Wzrusza, szokuje, przeraża wiarygodnością, a jednocześnie skłania do refleksji. Po mimo iż Koreański, nie widać w nim jakiś odniesień kulturowych, który europejski widz mógłby nie zrozumieć. Jest to dzieło opowiadające przede wszystkim o człowieku i całej jego spaczonej naturze. Tym się cechuje film - prawdziwością i oryginalnością przekazu.

Podobno, ma powstał amerykański odpowiednik Oldboy'a(sic!) mimo, że cenię Samuela L.Jacksona (tak, zgadliście, wstępna obsada już jest) to nie napawam się optymizmem. I jeśli faktycznie newsy nie okażą się plotką, wybuduje sobie stalowego bożka i zacznę się do niego modlić o drugie World Trade Center.

Mam słabość do kina azjatyckiego, które w przeciwieństwie do kina amerykańskiego, jest odważniejsze głównie za sprawą obyczajności. To film, który sporo namieszał, ale docenili go krytycy. Toteż przez ostatnie laty kino azjatyckie świeci prawdziwe triumfy. Konwencyjnie przebija wszystko co Tarantinowskie (sam Quentin Tarantino tak uznał) i wszystko inne co do tej pory widzieliście. Dla mnie kultowe filmy choć nieśmiertelne, gdzieś przepadły, dlatego Oldboy to najlepszy film jaki widziałem. Jeśli recenzją Was zachęciłem, ja także będę usatysfakcjonowany. Dostaniecie solidnego kopa w ryj i to bez ostrzeżenia. Wilk syty i owca pełna. I tą piękną puentą wypadałoby zakończyć.

OCENA: 10.

Łowca Snów (2003) [Recenzja]


Tytuł: Łowca Snów /Dreamcatcher (2003)
Reżyseria: Lawrence Kasdan
Scenariusz: William Goldman
Gatunek: Horror (?)

Potwory i spółka

Luty miesiącem ze Stephenem Kingiem? Czemu nie? Ostatnio miałem okazje obejrzeć drugą cześć genialnego "Smętarza dla zwierzaków", potem odświeżyłem sobie klasykę z dzieciństwa "Dzieci kukurydzy", a w planach mam jeszcze wypożyczenie "Misery". Tym razem w moje łapska wpadło kolejne filmidło na podstawie powieści mistrza. Poniżej recenzja" Łowcy snów" z pod reżyserki Lawrenca Kasdana. Miłej lektury...

Powieści Stephena Kinga są w kinowej grozie towarem masowo eksportowanym przez twórców kina niezależnego i tych całkiem zgoła odmiennych. Jest to materiał trudny do przeniesienia na ekran, a mimo tego stały się one znakiem rozpoznawczym w świecie horrorów. Zaczęło się od "Carrie", potem poszło gładko. Senne miasteczko także doczekało się swoich 5 minut na dużym ekranie. Nieraz mieliśmy okazje obejrzeć te gorsze powieści Kinga, bo jak każdy pisarz miewa on gorsze jak i te lepsze dni, wiec nie ukrywajmy, że czasem ciężko uwierzyć, że czytamy jakiegoś gniota, a na okładce widnieje nazwisko King, a w gruncie rzeczy stały się one bardziej popularne (lepsze?) od pierwowzoru. Działa to także w inną stronę...

Łowca Snów, to dzieło bardziej unikalne, jeśli chodzi o książkowy materiał. Jednak jego przeniesienie na ekran nie okazało się trudne jak sam się zresztą przekonałem. Owo filmidło w ogólnym rozrachunku nieźle bazuje na historyjce w papierowym oryginale i łączy ono w sobie elementy fantastyki i grozy, tyle że tej "grozy" niestety nie wiele odczułem na swojej parszywej osobie. Już tłumaczę, dlaczego...

Czterech przyjaciół, którzy co roku spotykają się w domku gdzieś na obrzeżach stanu Maine. Od dzieciństwa posiedli oni moc władanie umysłem. Teraz ich zdolności zostaną wystawione na ciężką próbę. Okazuje się, że nie są sami, a inwazja obcych, to tylko początek ich sennego koszmaru.

Pierwsze minuty filmu wskazują na solidnego, trzymającego w napięciu straszydełka. I takie miałem wrażenie, dopóki nie doszedłem do połowy filmu. Na początku klimat daje o sobie znać, jednak główni bohaterowie nie stronią od żonglowania stereotypami i rzucania sucharami na lewo i prawo, co w efekcie spowodowało, że na mojej mordzie pojawiał się od czasu do czasu banan. Jeden z nich nawet przypominał typowego cwaniaczka i jego kręgosłup moralny strasznie mnie irytował. Kiedy skończyła się typowa paplanina, reżyser w końcu wyciągnął asa z rękawa i pokazał nam typowe kino, jakie znają doskonale Amerykanie. Nastrój, klimat z książek Stephena Kinga, małe miasteczko, groza? Tak, ale tylko na początku, dalej leci taki amerykański kinofil do burgerlandu i boi się zatankować, bo jeszcze go zabiją jacyś nawiedzeni psychole, a przecież tylko tacy prowadzą staje benzynowe w USA.

Budowanie napięcie szkodzi ich własnej ojczyźnie, lepiej zaserwować wypaczonej klienteli obraz luźno nawiązany do książki, przepełniony ufoludkami (tak zgadliście, tymi zielonymi i wysokimi) oraz efektami specjalnymi, jakimi Tom Cruise w Wojnie światów może się lekko zaczerwienić z tego powodu. Kino akcji, pała nienawiścią do widza, gdzieś w ostatniej godzinie tego obrazu, i wojna, która przypomina mi znany schemat ludzie vs marsjanie, w ogólnym rozrachunku wypadła nieźle, ale Morgan Freeman, za sterami helikoptera bojowego, który z działka maszynowego ładuje kilogramy ołowiu do startującego statku kosmicznego, nadal wywołuje u mnie gorzką paranoję, groteskowego podmiotu. Dziwnie to zabrzmi, ale jak zaczynając oglądać, miałem wrażenie, że reżyser będzie wzorował się na "Thingu" Carpentena, a potem przekonałem się, że jednak po jego głowie łazi Cruise, walczący z kosmitami. Kula w łeb?

Ogólnie obsada przekonuje do sięgnięcia tego filmu, który miał być głośną ekranizacją Kinga, (głośną rzecz jasna pod względem budżetu) i hitem kinowego box office'a. Czy się tak stało, nie chcę w to wnikać, ale myślę, że owo filmidło przypomina nieco bombę z opóźnionym zapłonem, a nie ładunkiem wybuchowej mieszanki horroru i sci-fi. Takie nazwiska jak Howard (kompozytor), Freeman, Jane, Lee, Lewis, niech was nie zwiodą. Dzieło Kasdana nie wyróżnia się z szeregu kosmicznej, amerykańskiej papki, i nie kroczy między nimi. Trzeba jednak przyznać, że gość stojący za kamerą, nieźle przerzucił tą historyjkę Kinga na duży ekran, szkoda, że w ostatnich minutach potencjał filmu zabetonowano banałem, który ucieszy tych mniej wymagających widzów, a zdecydowanie zawiedzie tych, którzy oczekiwali, solidnego dreszczowca, z pieczątką sci-fi na okładce, paraliżując odbiorce genialnym klimatem małomiasteczkowym, emanują do zapatrzonego widza grozą i napięciem. Takie nastawienie miałem i srogo się po tej bandzie przejechałem. Film nie jest zły, można obejrzeć, ale są lepsze ekranizacje Kinga niż ta, więc po co marnować czas na inwazje obcych, która prezentowała się rajsko tylko na folderach reklamowych?

OCENA: 6.0

sobota, 9 lutego 2013

Dzieci kukurydzy (1984) [Recenzja]



Tytuł: Dzieci kukurydzy / Children of the corn (1984)
Reżyseria: Fritz Kiersch
Scenariusz: George Goldsmitch
Gatunek: Horror

Lubię płatki kukurydziane


Ile dziecko może mieć lat, aby mogło "zginąć" w filmie? Szerokie spectrum patroszenia małych aktorów, to bardzo niewygodny temat dla twórców, nie tylko tej kinowej grozy. Wszak, wszystkie teen slashery. gdzie grupa nastolatków pada ofiarą psychopatycznego mordercy, to temat, wydawało by się, masowo eksportowany. Śmierć małego smarka w kinowej grozy, nie jest niczym nowym, jednak aby nie wzbudzać za dużo kontrowersji wokół siebie, twórcy stawiają na sprawny montaż. Pamiętna scena z francuskiego gore "Blady Strach", kiedy to 8 latek zostaje zabity przez "tego kogoś wysokiego i z gazrurką onanisty", jego biedne zwłoki w postaci denata widzimy dopiero w następnym kadrze, zaś sama śmierć nie jest pokazana. Podobnie jak orki w książkach fantasty czy filmach, stanowią raczej obiekt swoistych "chłopców do bicia", zważywszy na popularność slasherów na rynku, można to samo wywnioskować po .... dzieciakach. Nie znasz dnia ani godziny. Dorośli się doigrali, teraz to dzieci zaczną mordować. Niezła alternatywa dla widza zmęczonymi teen slasherami? Sami oceńcie...

Ostatnio na moim blogu, pisałem wiele o Kingu, zastanawiam się czy czasem nie otworzyć jakiegoś sezonu, coś w rodzaju "Miesiąc z Kingiem". Tak czy siak, w moje łapska trafiła kolejna jakże intrygująca perełka z lat 80's. Pamiętam ją bardzo dobrze z dzieciństwa, kiedy to jeszcze jako smark, z uśmiechem na twarzy oglądałem poczynania moich "rówieśników", i podobnie jak moi starsi bracia oglądając w telewizji boks, wydawałem z siebie podobnie dźwięki, coś w stylu "Dołóż mu! Dorośli to zuo" Trafił swój na swego..Starczy już tych wspomnień na poziomie wypaczonych demotywatorów.

Jedna z pierwszy zekranizowanych książek mistrza grozy pisanej, charakteryzuje się niezwykła dbałością o okładkowy pierwowzór. Nie od dziś wiadomo, że Stephen King, wokół swoich dzieł tworzy tą niezwykłą aurę, co potem twórcy ze wzwodem w gaciach, próbują ją przenieść na ekrany. Niewielu się to udaje, ponieważ klimat małomiasteczkowy, który bez problemu wylewa się z kartek dzieł pisanych, na ekranie zależy to w dużej mierze od twórcy, czy uda mu się stworzyć podobną aurę. Fabularnie widz ma do czynienia z młoda parą, która w bliżej nieokreślonym celu, jedzie gdzieś, przez amerykańskie bezdroża. Kilometry pustych dróg i ani jednej żywej duszy. Po całkiem sympatycznych ale szybko nudzących się dialogach, reżyser w końcu się ulitował, i w efekcie nieopodal pola kukurydzy, ni z stąd ni zowąd pojawia się zakrwawiony chłopiec, który kilka sekund później skończy niczym jeleń na leśnej drodze, odbijając się od maski samochodu. Może nasi bohaterowie już dawno zadzwonili by po policje, gdyby nie fakt, że nasz główny heros (Burt), jest lekarzem i z niesmakiem na ustach stwierdził, że gówniarzowi już wcześniej poderżnięto gardło. On i Ona postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce, i udać się do najbliższego miasteczka, by poszukać wsparcia i pomocy. Niewiedzą, że trafią do Gatlin - miasta w którym niema już dorosłych, są jednak dzieciaki, którzy w polach kukurydzy tczą swojego bożka kierując się chorymi ideologiami. Już przestane.W odkrywaniu fabuły nie będę Wam przeszkadzać.

Momentami do cna amatorszczyzna i tępe dialogi, ale co się dziwić? W końcu 90% aktorów grających w tym filmie to dzieciaki. Jednego nie można z pewnością odmówić - klimatu. Kukurydzana scenografia i niezwykle przygnębiający klimat oraz wyjątkowa i specyficzna małomiasteczkowa atmosfera. Oklejony tasiemcami kinofil kolejny raz spotyka się z filmidłem, który kiedyś robił wrażenie, a dziś może zwyczajnie śmieszyć. Wówczas niewiele było oryginalnych straszydełek. Dominacja slasherów była na wyraz zauważalna, wtedy straszono psychopatycznymi mordercami (Freddy Kruger, Jason, Leatherface), a Childern of Corn na podstawie książki, stanowiło niezła alternatywę, a dla widza obiektem niepokoju, stawały się dzieci, nie żaden zamaskowany psychol z rodem kiczowatych slasherków. Alternatywę udało się osiągnąć, klimat odczuwalny, teraz pozostaje poklepać po plecach twórców i odwdzięczyć im się w formie zakupionego egzemplarza DVD. Po głębszej rozkimie doszedłem jednak do wniosku, że film raczej dla sentymentalnych i dla tych którzy cenią sobie klimaty horrorów lat 80's, oraz dla zagorzałych fanów twórczości King'a. 

Biorąc po uwagę ostatnie zdania czwartego akapitu, jestem skłony wystawić ocenę bardzo dobrą. Klasyka pełną gębą, w którym to oryginał stanowi masowy obrzęd sentymentalnych kinofilom. Kolejne części stanowczo żerują na popularności filmowego pierwowzoru, a klimat się zatraca. Kilka z nich stanowi niezłe uzupełnienie serii, jednak gwarantuje wam, że po seansie będziecie mieć czerwone czoło od facepalmów.

Z filmidłem tym miałem wielokroć do czynienia, ale sobie odświeżyłem na potrzeby bloga kierując się trochę sentymentem do horrorów lat 80. Mój zakrapiany krwią entuzjazm, pozwolił mi, aby jednak Wam polecieć owe dzieło. Może ktoś z Was doceni specyficzny klimat, jeśli jednak tak się niestanie możecie mi nawrzucać mailowo albo pobić na ulicy. Jeśli mnie znajdziecie. 

OCENA: 8.0

niedziela, 3 lutego 2013

Smętarz dla zwierzaków II (1992) [Recenzja]


Tytuł: Smętarz dla zwierzaków / Pet sematary (1992)
Reżyseria: Mary Lambert
Scenariusz: Richard Outten
Gatunek: Horror

Ze śmiercią im do twarzy


Klasyki z lat 80's. Nasuwa się wiele tytułów, ale prawdziwi fani Stephena Kinga nie mogą przejść obojętnie obok jednej z najbardziej znanych ekranizacji prozy pod tym samym tytule. "Smętarz dla zwierzaków" z 1989 roku znalazł tyle samo przeciwników co wielbicieli. Dzieło sztuki Marego Lamberta ściśle bazuje na wydarzeniach z książki, a sam scenariusz został nieźle przeniesiony w realia kinematografii. Każdy kinofil, który ceni sobie kino grozy na poziomie dostojnym i kocha klimaty, jakie zawsze w swoich książkach zawiera mistrz horrorów pisanych, zgodzi się ze mną, że jest to klasyka z najwyższej półki. Czy kontynuacja, nadal posiada ten unikatowy klimat? Czy coś go niweluje? Zapraszam do lektury.

Dawno już miałem sięgnąć po to filmidło. Pierwsza część zrobiła na mnie przyzwoite wrażenie, do dziś pamiętam kilka scen, jakie utkwiły mi w pamięci. Macki kinematografii dotarły aż do sequelu, który zauważyłem w dolnych partiach półki w wypożyczalni. Oczywiście nie zwlekałem, bazując na tym, że pierwowzór uważam za jedną z najlepszych ekranizacji Kinga, więc nie zastanawiałem się zbyt długo.

Historia opowiada o niejakim Jeffie, który w dość nietypowy sposób traci swoją matkę. Przeprowadza się wraz z ojcem do małego miasteczka, by zacząć tam nowe życie. Poznaje tam Drewa w którym się zaprzyjaźnia. Pewnego dnia pies Drewa zostaje postrzelony przez jego surowego ojczyma, postanawia on wraz z Jeffem pochować go na smętarzu dla zwierząt. Według starej indiańskiej legendy, zwierzęta, które zostaną tam zakopane powracają do świata żywych. Wkrótce pies nastolatka ożywa, jednak nie jest on już taki jak był przedtem. Jeff długo się namyśla, czy nie zakopać tam swojej matki...

Osoby, które miały do czynienia z pierwszą częścią, na pewno po opisie stwierdzą, że to nic odkrywczego. Także tak myślałem, ale fabuła jest tak skonstruowana, że nie możemy się doczekać finału tej historii. Podobnie jak przedtem, w filmie mamy małe amerykańskie miasteczko, legendę indiańską oraz dwóch młodych smarków, którzy chcą zakłócić spokój zmarłym. Halloween także jest, więc dla tych którzy zakochali się w klimatach małomiasteczkowej prowincji odnajdą się w tym tytule. I prawdę mówiąc taki nastrój nam będzie towarzyszył do końca seansu, bo nie ma tutaj "jumperów", czy innych scen, które spowodują, że widz podskoczy. Jest klimat, taki, jaki w swoich książkach najczęściej tworzy King, i myślę, że w tym aspekcie film jak najbardziej spełnia swoją rolę. Względem pierwszej części zabrakło uczucia "przytłoczenia", a to zasługa dość luźnej konwencji, więc ciężko będzie wam się przestraszyć na tym dość (młodzieżowym?) obrazie. Może reżyser postawił bardziej na wylewającą się krew z ekranu? Tego nie można wykluczyć.

Luźna historia, którą powinni docenić miłośnicy pierwszej części, ale również w niektórych aspektach filmu będą oni zawiedzeni. Ostatnie minuty filmu sprowadzają się do typowej masakry, jaką możemy oglądać w produkcjach spod wyznacznika zombie movies (zabrakło tylko pełnokrwistych żywych trupów), ale oczywiście to dobrze, przecież nie chcemy oglądać typowej sieczki z truposzami w roli głównej, zapychając swoje gęby kilogramami popcornu. To nie Evil Dead!

Uwierzcie mi, że po obejrzeniu filmu jakoś specjalnie mnie nie ciągnęło, by włączyć komputer i posłuchać soundtracku z tego dzieła sztuki. Ścieżka dźwiękowa filmu nie bardzo różni się od tej pierwszej i jej brzmienia przypominają niektóre produkcje z lat 80. z klasy b. 

Pora kończyć i czas na podsumowanie. Krótko rzecz ujmując "Smętarz dla zwierzaków II" to luźnie opowiedziana historia z dość ciekawie prowadzoną fabułą. Pomiot scenariuszu tworzy gorzką paranoję, jaką można łyknąć bez popitki. Im dalej w las, tym trudniej naszą mordę oderwać od ekranu telewizora. Rewolucjoniści lat 80. znacznie wpłynęli na rozwój klasyk, jakie teraz stoją na wysokim poziomie. Widać to szczególnie w tym sequelu, którzy oczywiście pod żadnym pozorem nie przebije genialnej "jedynki". Młodzieńczy nastrój w pleciony w dobrze nam znany klimat Stephena Kinga. To musi się podobać albo i nie. Strasznie nie jest, latających kończyn w filmie jest jak na lekarstwo, ale straszydełkiem, który spełnia swoją rolę i spodoba się fanom - jest jak najbardziej. Fanatycy kina kasy b, mogą także spać spokojnie. I chyba dla tych jest skierowane to filmidło, reszta niech zapamięta jedno: "każdy grzebie swojego"...


OCENA: 7.0

piątek, 18 stycznia 2013

The Walking Dead - sezon 2 [Recenzja]



Tytuł: The Walking Dead (2010)
Twórcy: AMC
Gatunek: Horror / Dramat (serial tv)


Znając moje preferencje gatunkowe, łatwo wywnioskować, że rzadko kiedy sięgam po serialowe tasiemce. Nie przeczę, mam kilka obejrzanych, ale to raczej te kultowe i najbardziej znane. Seriale to towar deficytowy w moim spaczonym zakrwawionym inwentarzu. Są jednak wyjątki, które zwracają na siebie uwagę ze względu na konserwatywność którą kocham. The Walking Dead fanom zgniłkom nie trzeba przedstawiać. Opinie o pierwszym sezonie mogliście poznać stosunkowo dawno, ja ostatnio jednak zakończyłem przygodę z drugim sezonem. Czy naprawdę drugi sezon jest taki zły? W moich oczach, nie.

Temat zombie, jak powszechnie wiadomo, to temat masowo eksportowany. Frank Darabont (twórca TWD) sięgnął jednak nieco głębiej serwując znaną nam wszystkim tematykę, rozkładając wątki na czynniki pierwsze bazując na znanym komiksie. Tak powstał serial, który pierwszą odsłoną sezonu, wpasował się na listę najbardziej popularnych . Przejdźmy jednak do sedna. Fabularnie wciąż mamy ten sam schemat - grupa ocalałych szuka bezpiecznego schronienia w świecie opanowanym przez żywe trupy. Pierwszy odcinek drugiego sezonu, to nic innego jak bezpośrednia kontynuacja losów znanych nam bohaterów. Pierwszy sezon liczył zaledwie 7 odcinków, toteż panowie z AMC zasadzili bezpośredniego kopa w postaci natężających zombie. Niemal w każdym odcinków dochodziło do starć ze zgniłym, masowym mięsem. Pierwszy sezon miał charakter survivalowy i świetnie mógł służyć jako poradnik przetrwania w świecie zombie. Drugi sezon natomiast ma trochę inną konwencje. Darabont daje nam szanse, byśmy mogli głębiej poznać samych bohaterów i ich zamiary, wplątując przy tym dość ciekawe wątki, które odbiją się na reszcie grupie, burząc tym samym zachowaną wcześniej hierarchie idealnej paczki.

Dołączą oczywiście nowe twarze, a cały sezon został ulokowany na Farmie państwa Hersherów - zdających się skrywać jakiś mroczny sekret. Grupa (na czele Rick i Shean) nie przypadkowo trafiają na wspomnianą farmę. Same gospodarstwo to dość symboliczne miejsce, odgrywające także swoją role w świecie zagłady. Inni znajdą tu dom, ktoś inny może miłość, a ktoś jeszcze zacznie przeklinać te miejsce. Niespodzianek jest nie mało, a twórcy oczywiście zabarwią cały schemat zombinizmem - nie zapominając przy tym pompować odpowiednią ilość napięcia i adrenaliny do krwiobiegu wypaczonego odbiorcy.

Całość to raczej sfera psychologiczna niż survivalowa. Fabularnie mamy do czynienia z emocjami dotyczących samych bohaterów. Wielu przejdzie niezłą metarmorfozę psychiczną a nawet fizyczną. Z nowej gwardii, wyróżnia się Hersher - pan domu. Jego osoba sporo namiesza w szykach fabularnych, dokonując niezłego misz- maszu. Ale to Shean wciąż pozostanie postacią najbardziej złożoną, widać to właśnie w tym sezonie. Ponieważ dużo krwi w tym sezonie tu nie ujrzycie (co nie oznacza, że jej niema), twórcom wyraźnie zależało wzbudzić emocje u widza czymś innym. I jest to zasługa samych postaci i ich problemom na tle całej grupy i całego otaczającego ich świata. Może dlatego tak wielu twierdzi, że sezon jest najsłabszy. Kierując się swoim zdruzgotanym obiektywizmem, śmie twierdzić, że taka zagrywka jest dość ciekawa. Poznajemy wtedy głębiej bohaterów, zmienią się nasze przekonania co do niektórych osób. Nie są to już Ci sami ludzie, którzy byli na początku pierwszego sezonu. Brutalny świat i życie w strachu odcisnęło na nich swoje brzemię, doprowadzając w końcu do tragedii. Jest to zasługa wciąż fenomenalnej gry aktorskiej. Można nie lubić kilku bohaterów, część wydaje się irytująca i w ogóle niepotrzebna, ale niezaprzeczalnie kunszt aktorski wylewa się wprost z ekranu.

Sezon zawierał kilka odcinków, które zasadziły mi niezłego plaskacza. Na pewno zapadną w pamieć, tak samo jak wyraźni bohaterowie. Końcówka daje do zrozumienia, że trzeci sezon to będzie istna jazda bez trzymanki. Ja mam tylko nadzieje, że scenarzyści nie za bardzo się pogubią, i wciąż pomimo przyspieszonego tętna, będą umieli wycelować w psychikę widza.

Co tak właściwie osiągnął Frank Darabont? To, że pomimo wyrysowanego szablonu i oklepanego do bólu schematu i nurtu, potrafi wprowadzić swoje watki, grając wciąż na emocjach. to w końcu uniwersum, rządzące się własnymi prawami. Nie widać tu ręki uznanego mistrza gatunku. To wciąż serial grozy, który potrafi działać na emocje, nie tylko poprzez fruwające kończyny ku ucieszcę wypchanego popcornem kinofilowi. TWD rzuca nowe światło na Zombie movies. Psychologiczny charakter drugiego sezonu wyraźnie da się odczuć, wprowadzając pod koniec do niemałej eksplozji. Za te czynniki pokochałem owy serial. Drugi sezon oceniam jak najbardziej pozytywnie. Mam nadzieje, że przyjdzie mi dane obejrzeć trzeci premiery sezon. W końcu zagorzały fan dopnie swego. I tą oto mądra puentą wypadałoby zakończyć.

Drugi sezon:

1. What Lies Ahead (10.0)  
2. Bloodletting (7.0)
3. Save The Last One (9.0)
4. Cherooke Rose: (7.0)
5. Chupacabra (8.0)
6. Secrets (7.0)
7. Pretty Much Dead Already (10.0)
8. Nebraska (8.0)
9. Triggerfinger (9.0)
10. 18 Miles Out (9.0)
11. Judge, Jury, Excoutiner (9.0)
12. Better Angels (8.0)
13. Beside The Dying Fire (10.0)

OCENA: 8.5

wtorek, 15 stycznia 2013

Ostatni dom po lewej (1972) [Recenzja]


Tytuł: Ostatni dom po lewej / Last house on the left (1972)

Reżyseria: Wes Craven
Scenariusz: Wes Craven
Gatunek: Horror

Wolność Tomku w swoim domku...


Przez ostatnie dekady, zdążyliśmy pogrzebać wiele klasyków. Niektóre pozostaną w pamięci (The Thing, Friday 13th, Halloween) i inne odejdą niczym kamień w wodę, czekając aż wykopie ich spragniony widz (Reanimator, Martin,). Trudno mi teraz napisać o filmie, który w latach 70. okazał się przełomem. Z jednej strony warto, by przypomnieć debiut wybitnego reżysera, ale z drugiej strony, dziś film marnie się broni, głównie ze względu na amatorską koncepcje. Fan jednak pozostanie fanem, i doceni to, że film miał wpływ na rozwój kinowej grozy. Przedstawiam Wam kamień milowy w historii horroru, obraz, który zdefiniował pojęcie "Torture Porn" lub nawet sam go wprowadził, jedno z nielicznych dzieł ukazujące sceny gwałtu. The Last house on the left to prowizoryczny Zimny Prysznic, czy Wam się to podoba czy nie.

Debiut jednego z najsłynniejszych ojców kinowej grozy (Wes Craven), zaczyna się dość niewinnie. Akcja przenosi widza do malowniczego miasteczka, do szczęśliwej i kochającej się rodziny, mieszkającej w malowniczym domku nad jeziorem, w gęsto zarośniętym lesie. Liście spokojnie opadają na ziemie, zwiastując tym samym, że kończy się moja ulubiona pora roku, a na horyzoncie zbliża się zima. Dzień jest jednak piękny i słoneczny. Tak miało być dzisiaj - wtedy kiedy 17-letnia Marine udaje się koncert, wraz ze swoją nową przyjaciółką Phyllis, która mieszka nieopodal. Dziewczyny jednak za dużo sobie pozwoliły, i gdy chcąc nabyć trochę prowiantu w drodze na miejsce, prowokują czterech zbiegów. Obie zostają porwane i brutalnie zgwałcone. Po incydencie przestępcy w wyniku zbiegu okoliczności, trafiają do domu, w którym mieszkała nastolatka. Zbiegowie nie są niczego świadomi, podobnie jak rodzice, którzy zaczynają się niepokoić dlaczego ich ukochana córka jeszcze nie wróciła. Nie ma zbrodni bez kary - mądry rzekł. Gdy rodzice dowiedzą się o wszystkim, sami wymierzą sprawiedliwość. Gospodarze domu zgotują im istne piekło na Ziemi. 

Dziś jednak wszystko jest nieuchronne i na dzień dzisiejszy debiut Cravena może zwyczajnie śmieszyć - i jest to zasługa totalnej amatorki. Gdy po raz pierwszy sięgnąłem po ten klasyk (miałem wtedy 12 lat), byłem cholernie wkurzony, że w filmie nie da się odczuć żadnego napięcia, znanego z najbardziej nastrojowych horrorów. Cravenowi bynajmniej nie oto chodziło. Haczyk tkwił w samych bohaterach oraz miejscu gdzie rozwinie się fabuła. Scena gwałtu odgrywa bardzo kluczową role, jest na wyraz realistyczna. Sam Craven pozwolił nieco improwizować aktorom, toteż mogli się wczuć i sami poeksperymentować. W filmie jest pełno scen, które raczej są kalką brutalizmu, chorych zamiarów i niepohamowanej żądzy, tak okrutnej, że niemal obrzydliwej, dla głównej bohaterki filmu. Dowodem na to, może być słynna scena "Zmocz swoje spodnie", która jest obrazem istnej bezradności dwóch wrażliwych dziewczyn, a chorej fascynacji głównych bohaterów filmu - morderców i gwałcicieli. A wszystko rozgrywa się w miejscu gdzie jeszcze dzień wcześniej obie nastolatki rozmyślały o wspólnych planach, nieopodal rodzinnego domu. Tak moi drodzy, Craven trafił w sedno.

Reżyser umiejętnie daje nam szanse, by poniekąd wczuć się w zwyrodnialców. Choć obsada głównie składa się z amatorów (większość ról obsadzonych w filmie to starzy koledzy reżysera), taka możliwość wyboru także zdecydowała o kontrowersyjności filmu. Niezłą alternatywą staje się także sam dom, w którym w końcowych scenach gospodarze domu mszczą się na oprawcach. Po której stronie stanie widz? Manipulacja widzem w tak amatorskim obrazie decyduje o kultowości tego filmidła. Marine, lat 17 umiera, na wskutek odniesionych obrażeń. Przed śmiercią zostaje brutalnie zgwałcona i w ohydny sposób poniżona. I to w miejscu, w którym spędziła dzieciństwo. Na ziemi rodzinnej przeżywa piekło. Tak blisko miała do domu, ale była bezradna. Taka konserwatywność wyraźnie da się odczuć w filmie. Druga połowa filmu, to istna próba wprowadzenia efektów gore przez pana reżysera. Wiele scen jest wymownych, a dom rodzinny staje się miejscem przeklętym dla każdego bohatera filmowego. Widz jest rzucany na lewo i prawo, sam nie widząc po czyjej stronie stanąć. Komu współczuć: rodzicom zamordowanej nastolatki? Czy głównym bohaterom, którzy teraz są uczestnikami makabrycznego festiwalu, a może raczej ofiarami? Czują się bezradni, a tatuś za wszelką cenę chce, aby nowi lokatorzy poczuli bezsilność i poniżenie, zupełnie wtedy kiedy 17-letnia Marine została zgwałcona na leśnej ściółce, pojękując nieudolnie w tle śmiejącego się pana gwałciciela, opluwającego tym samym zranioną twarz nastolatki w akcie orgazmu. Wydaje się, że człowiek, w gruncie rzeczy nie ma nic do stracenia, a wtedy taki człowiek jest najgroźniejszy. Kto jest tutaj mordercą? A może już nie oto chodzi? Kara musi być. Teraz może beczka śmiechu, wówczas film, który przebijał inne dzieła tego pokroju. Zasłużenie.

Pomimo że sam obraz nie odniósł kasowego sukcesu, nie bez przyczyny to głośny debiut Wesa Cravena. Pomimo amatorki i kilku błędów w filmie, obraz, który spoczywa w psychice widza na długo. Trafiając w same sedno realistycznego filmowego przekazu, obrazując ludzką naturę oraz bezsilność i obojętność przyniósł reżyserowi udany start w branży filmowej. Marie oddała swoje ciało i dała się poniżyć, a wszystko dlatego, by parenaście lat później powstał "Koszmar z ulicy wiązów". Gwałt to straszliwa zbrodnia, ale taki film był potrzebny. Rzekłem.

OCENA: 7.0

wtorek, 8 stycznia 2013

Przez pryzmat serii: Final Destination


Coś się kończy, coś zaczyna. I na odwrót. Znamy ten schemat nie od dawna. Łatwo można to wyegzekwować w każdej serii i z bólem na twarzy twierdząc, że nie które filmadła i ich kolejne części znacznie się przedłużyły, a nie powinno tak być skoro każda z tych części oferuje co roku, bądź co dwa lata to samo, tylko lekko podrasowane przez innego reżysera, lub tego samego, w efekcie oszukując samego siebie i co najgorsze widzów. Nie wiem czy mieliście kiedyś okazje obejrzeć taką głupią komedie z udziałem Ediego Murphy'ego o nazwie "Fałszywy Senator". Jeśli tak, to niektórzy za pewnie widzą do czego zmierzam, niedowiarkom tłumaczę: w owej komedii fabuła rysuje się mniej więcej tak: pewien oszust, nabiera ludzi na pieniądze, idzie mu dość nieźle, z pomocą kilku kumpli. Jednak pewnego dnia gdy senator umiera (nawet nie pytajcie w jakich okolicznościach) on postanawia, że podszyje się pod jego nazwisko i wystartuje w wyborach, dlaczego akurat jego nazwisko? Ano, dlatego, że był on popularny i wszyscy w okolicy znają je bardzo dobrze, a ludzie przecież oddadzą głos na to co robili zawsze i jest sprawdzone. Czujecie aluzje? Z serią Final Destination jest tak samo. Pierwsza cześć jak i druga stała się popularną i zbierała rozsądne noty, to nie mogło się obejść bez kolejnych części. Jest pobyt musi być podaż. Dzisiejsza kinematografia to biznes, cięcie kosztów, każdy chce zarobić, a łatwo trafić do dzisiejszej wypaczonej klienteli, która z wywiniętymi jęzorami wpadnie do kin i obejrzy to co od zawsze lubiła, to co zawsze było sprawdzone, jedynie bardziej doświadczeni kinomaniacy dostrzegą w tym biznesie negatywną elokwencje. I chwała im za to.

Final Destination 

Fan gore o suchym pysku to zły fan gore. I dobrze o tym wiem, co to znaczy spragniony fanatyk ludzkiej krwi. I tak było na początku 2000 roku. Gore wszystkim nam dobrze znane gdzieś uszło w tłoku po przez nastrojowe produkcje, które straszyły potencjalnych widzów. Brakowało czegoś realistycznego, czegoś co wpływało by znacząco na kino grozy, oferując jednoznacznie coś nowego i świeżego. Tymczasem James Wong wiedział jak trafić do takiej klienteli, i nie tylko.


Mieliście kiedyś złe przeczucie? Na pewno każdy zna miewa dobre jak i złe. Coś co hamuje nas przed startem i sprawia abyśmy nie podjęli kroku zbyt za daleko. Taką intuicje miał Alex główny bohater filmu, który wraz z grupą znajomych wybierał się na podróż samolotem. Od początku czuje, że coś pójdzie nie tak. Samolot zaatakują terroryści, albo wpadnie w śmiertelną turbulencje? Nic z tych rzeczy, Alex po prostu przewidział katastrofę samolotu i próbuje ostrzec wszystkich na pokładzie. Jednak z marnym skutkiem, bo wraz ze znajomymi zostaje wyrzucony z pokładu. Jak się później okazuje wizja przyszłości nie była przypadkowa. Samolot ulega przerażającej katastrofie, a Alex wraz z przyjaciółmi uniknęli śmierci? Nie, nie, nie tak prędko, film równie dobrze mógłby się zakończyć w tym miejscu z happy endem. Przez najbliższe dni bohaterowie będą musieli sobie odpowiedzieć na ważne pytanie: czy da się oszukać własną śmierć?

Film stał się hitem i jedną z ważniejszych perełek w historii horrorów jakie każdy fan musi obejrzeć. James Wong trafił w sedno. Trafił praktycznie do każdego widza, ponieważ serwuje nam danie, jakie nigdy przedtem nie mieliśmy okazje spożyć. Przeraził widzów poprzez realizm i sytuacje jakie mogą zdarzyć się każdemu z nas. W tej historii nie ma duchów i potworków, które wychodzą z pod ziemi i o suchym pysku dopadają bohaterów. Tu jest realizm i codziennie sytuacje jakie spotykają nas każdego dnia. Ilu ludzie podróżuje samolotem? Ano właśnie. Twórcy wywołują przerażenie u nas w codziennych czynnościach życiowych. Fikcja? Ani mi się śni. Wszystko ma swoje realne podłoże, i swoje odzwierciedlenie w prawdziwym życiu. Śmierć dopadnie każdego z nas, lecz od nas zależy czy będziemy się jej bać czy nie. Na nią nie da się przygotować. Kostucha w codziennym życiu towarzyszy nam, aż podwinie nam się noga, a ona zabierze nas na tamten świat. I to jest fenomen tej produkcji. Sytuacje jakie mogą spotkać każdego szarego obywatela.

Final Destination 2 

Polskie drogi znajdują na liście 10 najniebezpieczniejszych na świecie. Nie muszę chyba przypominać ilu ludzi ginie codziennie w wypadkach samochodowych. Dobra koniec tej zasranej żałoby, przejdźmy do konkretów.

Kontynuacja pierwszej części przenosi widza na amerykańską autostradę. 19 -letnia Kimberly jadąc wraz z przyjaciółmi na imprezę, doświadcza wizji w której wyraźnie widzi jak ona i jej grupa znajomych ulega w przerażającym wypadku. Spanikowana postanawia zjechać z drogi. Ku zdziwieniu jej towarzyszy, rzeczywiście miała racje. Wizja Kimberley sprawdziła się, a na drodze dochodzi do gigantycznego karambolu. Nic jednak nie dzieje się przypadkiem. Śmierci nie da się oszukać, co wynikiem jest to, że po kolei ocalali ludzie z otoczenia nastolatki giną w niezwykłych okolicznościach przy codziennych czynnościach życiowych.

Jedni twierdzą, że jest to dobry sequel, drudzy, że nic nowego nie wnoszący odgrzewany kotlet. Ja zaliczam się do tych pierwszych. Co prawda nie ma tu głębszego rozwinięcia schematu jaki zarzucił poprzedni reżyser, lecz nadal jest to dreszczowiec, który nieźle trzyma się w swoim obliczu naturalnym. A zgony bohaterów, bardziej przyprawione niż w poprzedniej części. Sens fabularny daje o sobie znać w końcowych minutach filmu i nawiązanie do pierwszej części jest jak najbardziej na miejscu.

Final Destination 3

Tym razem pałeczkę reżysera przejął ponownie James Wong. A oś fabularna ogranicza się do tego, że wypadek jaki przewiduje jeden z głównych bohaterów filmu ma mieć w wesołym miasteczku, a konkretnie na zjeździe rolecasterem. Reszta do bólu przypomina poprzednie cześci, dlaczegoż tak?

Trzecia część wyraźnie dzieli widzów. Fani dostają to samo, tylko bardziej przyprawione i nadal cieszą mordy, inni raczej podziękują i westchną w myślach po ciuchu "znowu odgrzewany kotlet". Jest w tym niestety trochę prawdy, bo nic innego przed ekranem telewizora nie doświadczymy jak obrzydzenia na widok nowych efektów gore. Nowe miejsce, nowe popisy reżysera i coraz to wymyślne zgony aktorów. Wszystko pozostaje w niezmienionej formie, nadal młodzi ludzie uciekają przed śmiercią, a jak widać nie zbyt dobrze im to wychodzi. Potrzeba jakieś świeżości w tej serii, bo to się robi już nudne. Oceniam to filmidło pozytywnie (tak macie racje, jestem po części wypaczonym widzem domagający się więcej krwi uplatanych w cyckach), ale recenzent musi być obiektywny, dlatego oceniając tą cześć przez prymat serii jest to film mizerny. Przykro mi wielka blado kostucho....

Final Destination 4 

Fabułę znacie na pamieć. Dodam tylko, że początek rozpoczyna się na toru wyścigowym, wiec możecie sobie wyobrazić do jakiej masakry doszło.To co pobawimy się w zgadywanki? Tak zgadliście, główny bohater przewidział to oczami duszy, tak zgadliście, zdążył swoich przyjaciół wyciągnąć z śmiertelnej pułapki, tak zgadliście, nie da się oszukać śmierci...

Co ma "Piła" do "Oszukać przeznaczenia" ? Oba te serie powinny zakończyć swój żywot znacznie wcześniej i są to jak najbardziej pozytywne konotacje. Z tym, że w "Saw" fabuła tak się rozwija, że nie tak prędko ją dogonimy, to w przypadku "Final Destination" stoi ona dosłownie w miejscu. Jest to do bólu odgrzewany kotlet i cięcie kosztów przez twórców. Fani będą zadowoleni, lecz niektórzy i tak się lekko mówiąc rozczarują , a jest to zasługa efektów gore, które nie wyglądają tak ładnie jak w poprzednich częściach. Wygląda na to, że reżyser lubi się pobawić efektami komputerowymi, szkoda tylko, że nie wychodzi mu to tak dobrze jak nabijanie widza na kij.

Dobra koniec tego linczu. Film, fajnie się ogląda i, aż trudno się nie domagać o większą ilość wymyślnych zgonów. Gra aktorska nie stoi na wysokim poziomie, więc ten element psuje znacząco całą średnią konserwatywność jaką zaserwowali nam twórcy. Może czas zmienić restauracje? Przejadł mi się ten schabowy.

Final Destination 5 3D 

To była tylko kwestia czasu jak doczekaliśmy się kolejnej części w 3d. Hollywood oblężony jest odgrzewanymi kotletami, co doprowadziło, że teraz każda seria musi mieć swój wyznacznik w trójwymiarze. Nie inaczej jest z horrorami. Nie liczcie bowiem na przełom w serii, i coś odkrywczego. Nastawcie się przede wszystkim na efekty specjalne jak wypaczona klientelia przy coraz to nowszych częściach Transformers. Tym razem poproszę o popcorn!


Steve Qualse oraz Eric Heisserer podążyli nieco inną ścieżką. Piąteczka to prequel wzbogacony o nowy motyw przetrwania i wywiązania się ze szponów śmierci. Żeby uratować siebie należy zmienić kolejność i narobić bałaganu w papierach kostuchy. Jest to całkiem ciekawe, ale nie łudźcie się, nie jest to nic odkrywczego, a tym bardziej świeżego w serii FD. Krwawe sceny w trójwymiarze mogą zachwycić, tym lepiej, że jest ich więcej i bardziej realistycznych.

Mała poprawka w scenariuszu, gore w 3d? Czy to nie jest za mało by przykuć uwagę widzom, którzy dawno odwrócili się od serii? Zdecydowanie tak. Można iść, ale tylko w jednym celu i jedną wielką paczką popcornu, a może nawet nie jedną?

Final Destination jest serią, która na początku nieźle się rozkręciła, a później stała w jednym miejscu. Utknęła w martwym punkcie. Pięć części, czterech reżyserów, żaden z nich nie popchnął, ani nie dodał świeżego powiewu serii. Co prawda kilka motywów w scenariuszu jest, lecz można je policzyć na palcach jednej ręki. Krótko rzecz ujmując jeśli lubisz efekty gore, to nawet fabuła Cię nie zwiedzie, i wiem to na własnym doświadczeniu, ponieważ (nie ukrywam), sam lubię popatrzeć jak krew tryska, i oceniam te filmy pozytywnie.Trzeba jedna patrzeć z innej strony, tym bardziej jak mam oceniać całą serie przez jej pryzmat, wtedy jak czarne na białym widać jak twórcy cieli koszty, żerując na popularności pierwszej części. Filmy to biznes i widać to szczególnie na takich horrorach, które dawno utraciły swój urok, a mimo tego są na siłę wpychane w gęby głodnym widzom. Smacznego!

Oceny:


Tytuł: Oszukać Przeznaczenie / Final Destination (2000)
Twórca: James Wong
Gatunek: Horror

Realizm: 8.0
Napięcie: 10.0
Klimat: 9.5

Podsumowanie: Straszydełko, niemal już kultowe. Pozycja obowiązkowa wśród horrorów. OCENA: 9.5


Tytuł: Oszukać Przeznaczenie 2 / Final Destination 2 (2003)
Twórca: David R. Ellis
Gatunek: Horror

Realizm: 6.0
Napięcie: 9.0
Klimat: 8.0

Podsumowanie: Udany sequel wzbogacony o nowe pomysły. Ciekawe zakończenie. OCENA: 8.0


Tytuł: Oszukać Przeznaczenie 3 / Final Destination 3 (2006)
Twórca: James Wong
Gatunek: Horror

Realizm: 6.5
Napięcie: 9.0
Klimat: 7.0

Podsumowanie: Można obejrzeć, lecz nic nowego nie doznacie. Fanom może się spodobać, innym odradzam. OCENA: 6.5


Tytuł: Oszukać Przeznaczenie / Final Destination 4 (2009)
Twórca: David R. Ellis
Gatunek: Horror

Realizm: 5.0
Napięcie: 6.0
Klimat: 5.0

Podsumowanie: Odgrzewany kotlet na miarę XXI wieku. Gra aktorska słaba, a efekty już nie takie dobre jak przedtem. OCENA: 5.0


Tytuł: Oszukac Przeznaczenie 5 3D / Final Destination 5 3D
Twórca: Steven Quale
Gatunek: horror

Realizm: 6.0
Napięcie: 7.5
Klimat: 6.0

Podsumowanie: Jeśli lubisz jatkę w 3d, to bez obaw obejrzyj. Reszta, niech znajdzie sobie coś ambitniejszego. OCENA: 7.0